Już na wstępie się przyznaję, że dziewiąta gwiazdka jest pozamerytoryczna i polega na tym, co subiektywnie mi robi film emocjonalnie. Nikomu innemu nie musi, ot, taki disclaimer. Sam „Tony” jest świetny, osiem na dziesięć spokojnie, tak czy owak warto.
Główny bohater może trochę za mało robi poza byciem chmurnym a durnym, ale tak ogółem scenariusz jest bardzo mniamuśny, choć historia prosta i w prostocie swej przewidywalna. Kim był pierwowzór, wiedzieć w ogóle nie trzeba, bo przydarzyć się mogła i komu innemu; ja sama fanką nie byłam, najczęściej widziałam go w memach i tyle wiem, jak skończył, co przydaje tylko głębi niektórym dialogom, i bez tego lotnym. Na film jednak z jakiegoś powodu czekałam, zobaczywszy trailer (może bo jedzenie i kino to takie „moje” kombo?), oczekiwania te były wysokie, a „Tony” ich nie tylko nie zawiódł, ale wręcz przekroczył, co osiągiem samym w sobie, i również dlatego poniekąd ta gwiazdka dziewiąta.
W pierwszych ośmiu się zawiera najbardziej, oprócz scenariusza, rytm dobrze wygrany i rewelacyjne aktorstwo, tyleż Dominika Sessy w roli tytułowej, co wszystkich dokoła. I znowu prywata, bo tam między innymi mój krasz Leo Woodall. Aż mi szkoda go troszeczkę, że znowu to samo emploi, ale z drugiej strony – he’s such a good bad boi! ♥
Niezależnie zaś (chyba) jednak od niego i braku rozczarowań z seansu wyszłam pełna uczuć jak z dużo wcześniejszej młodości, i to jeszcze tych lepszych akurat. Że mi się chce, że mogę, że będę, że nawet jeżeli nie umiem, to się nauczę, i nie tylko będę, ale będę w tym, czymkolwiek to jest, bo może przecież być wszystkim, w dodatku wymiatać. Chwilo, trwaj!
Trwała. Chwilę, dłuższą. Dłużej nawet, niż film trwał. I było to piękne i dobre, i zdarza się tak rzadko, że nie pamiętam kiedy ostatnio. I za to właśnie ta dziewiąta, jak symfonia Beethovena.
9/10







Komentarze
Prześlij komentarz